Oczyszczony, odpoczęty i "zdrowy" można ruszyć dalej. Wspierany i namawiany przez bliskich zdecydowałem, że czas zająć się sobą i przestać pracować na czyjś sukces. Tak więc po półtorarocznej przerwie wracam na "swoje". Tym razem z doświadczeniami z poprzedniej próby oraz wzmocniony nową wiedzą i z nowymi znajomościami. Konkretnie o nowym projekcie, który rozpocząłem szerzej napiszę w kolejnym poście. Dziś o tym co w drugim zdaniu tj. zająć się sobą.
Oczywiście rozumiem to bardzo szeroko, ale tu i teraz o zmianach w trybie życia. Tzn zmiana w rytmie dnia, w odżywianiu, odpoczywaniu i to co lubię najbardziej więcej sportu !
Od dłuższego czasu oprócz squasha i jazdy na rowerze szukałem czegoś jeszcze. W zeszłym roku była siatkówka, ale grupa się rozeszła i jakoś tak.... Wiele osób namawiało mnie do biegania, ale zawsze wydawało mi się, że to jeden z nudniejszych sportów, o tak biegniesz i tyle. Przy okazji ostatnich zmian zacząłem się nad tym zastanawiać i przypomniałem sobie moje doświadczenie z pływaniem. Krótka historia: z pływaniem miałem to samo co z bieganiem, czyli co jest ciekawego w pływaniu od ściany do ściany? no na pierwszy rzut oka nic. Pewnego zimowego dnia wszechświat jednak zadziałał i w ręce wpadł mi groupon na tanie pływanie w jednej z pływalni. Po szybkim kontakcie ze "szwagrem" (szwagier prawdziwy, bardzo ciekawa postać, zasługuję na oddzielny post, szerzej w następnych postach) ustaliliśmy godzinę i rozpoczęliśmy naszą karierę w wodzie. Początki trudne. Problemy z oddychaniem, okularami, kąpielówki nie modne, woda pod prysznicami za gorąca, a w basenie za zimna. No, ale jako, że groupon kupiony na miesiąc to trzeba wykorzystać. Nie trudno się domyślić, że z tygodnia na tydzień wkręciliśmy się mocno. Już nie 300 m plus rozmowy o wszystkim przez godzinę, ale 1,5 km i bez zatrzymywania. W sporcie zawsze chciałem rywalizować z innymi, to mnie nakręcało, podczas pływania okazało się, że największy przeciwnik to ja sam i każdorazowe pokonywanie siebie o kolejne 100 m to było coś. Pamiętając te doświadczenia czułem, że również spróbuję biegania, czekałem tylko na znak sygnał. Wiedziałem, że w trakcie tak wielu zmian nie trzeba było długo czekać. Długi weekend majowy, objedzony i opity przeglądam facebook'a i trafiam na info, że "szwagier" będzie prowadził trening biegowy. Szybkie pytanie czy dla nie biegających to też i już kilka godzin później w krótkich spodenkach jechałem na miejsce zbiórki. Oczywiście bardzo mi się podobało. Nie wierzyłem, że dam rade. Oczywiście byłem ciągle ostatni, ale sam fakt, że podczas pierwszego biegania dałem radę na dystansie 6km z innymi już biegaczami nakręcił mnie tak mocno, że byłem zdecydowany wejść w to głębiej. Szybkie konsultację i dobrane buty. Rozeznanie kto biega ze znajomych, sąsiadów i pierwsze treningi. Oczywiście jako zadaniowiec musiałem mieć cel. Postanowiłem sobie, że w wakacje wystartuję w biegu na 10km. Nie musiałem nawet szukać. Znów zadziałał "szwagier": na tym biegu debiutowałem, to dobry bieg na start... Dzień później byłem już zapisany.
Kończąc, fajnie jest dobrze wykorzystać moment zmiany w życiu, aby zmiany przeprowadzić szerzej. Życie zawodowe, osobiste, zdrowie czy sport.
Ważne też, aby otaczać się ludźmi, którzy zmotywują, zachęcą.
Dobrze być blisko "dobrych ludzi".
Powodzenia w Waszych postanowieniach, ja się swoich będę trzymał, dziś wieczór trening :)
czwartek, 19 maja 2016
piątek, 1 kwietnia 2016
"Zdrowie" psychiczne
Gdy "duch" jest już spokojny, a zasady etyczne przewartościowane, często zdarza się, że zauważamy rzeczy, których wcześniej nie dostrzegaliśmy. Złe rzeczy w pracy, w najbliższym otoczeniu czy w rodzinie.
Skupiając się na aspektach zawodowych często przekonujemy się, że zasady panujące w naszej pracy nie pokrywają się z tymi nowymi, wypracowanymi podczas uporządkowania "głowy".
Jakie mamy opcje? Odpowiedź, jest prosta: zmiany muszą postępować dalej.
Przeszedłem dokładnie taki proces. Męczyłem się strasznie pracując na etat gdy dotarło do mnie, że zasady kreowane przez moich przełożonych pozwalają na nie dotrzymywanie słowa, kłamstwo, brak szacunku dla innych pracowników, mówiąc krótko: "pełne bagienko".
Pomyślicie jak tacy przełożeni mogą trwać w jakiejkolwiek organizacji? Po prostu są właścicielami. Podlegając bezpośrednio pod Zarząd spółki nie ma wyższej instancji do której można zwrócić się o wsparcie.
No OK, to co w takim razie można zrobić? Ja wybrałem drogę zgodną z moimi zasadami. Mianowicie uczciwość czy inaczej "gra w otwarte karty". Bez owijania w bawełnę zorganizowałem spotkanie z Zarządem. Jedno, potem drugie, następnie z "pretorianami" Zarządu. Na każdym mówiłem co mi nie odpowiada i dlaczego oraz jak chciałbym to zmienić. Problem w tym, że nie byłem w ogóle zrozumiany.
Oczywiście wyuczony na kursach wiem, że za prawidłowy przekaz odpowiada nadający, no ale "come on" przecież mówiłem o oczywistościach. M.in. o tym, że jak umawiamy się na termin na za dwa tygodnie to nie można po dwóch dniach oczekiwać opracowanego materiału, rugać za jego brak czy nawet karać. O tym, że jak nas (mój oddział) Zarząd nie widzi to my nie śpimy, nie pijemy (alkoholu), nie wykręcamy gniazdek z biura czy nie robimy zakupów z żoną na mieście. O tym, że nie można oczekiwać od nowego pracownika wyników jego pracy (np. sprzedażowych) po 2 miesiącach od zatrudnienia.
Mógłbym wymieniać jeszcze długo. Znajomy kabareciarz po usłyszeniu kilku historii zapytał o wyłączność na potrzeby nowych skeczów. Z boku wyglądało to groteskowo, żałośnie, ale będąc wewnątrz było to dla mnie nie do pojęcia i przede wszystkim nie do zaakceptowania. Jako "najemnik" wynajęty do wykonania określonego zadania (rozwój oddziału w ujęcie finansowym i organizacyjnym), którego po wykonaniu okazało się, że w ogóle nie było nie mogłem pojąć jaki właściciele mają w tym interes? Sabotaż? Choroba psychiczna? Do dziś nie mam pewności.
Więcej tego typu historii opowiem w kolejnych postach bo jest tego dużo, a ja sam po przeszło miesiącu jak odciąłem się od tych ludzi już na chłodno mogę o tym opowiadać.
Jak się domyślacie po 3 miesięcznej próbie porozumienia się z Zarządem odnośnie potrzebnych zmian jadąc do centrali m.in. w temacie ustalenia "co dalej" otrzymałem informacji od organizatora spotkania, że Zarząd nie zamierza na ten temat ze mną rozmawiać bo dla niego jest to ważne "obowiązuję Cię umowa o pracę i proszę ją realizować" tylko tyle usłyszałem. Słabość tych ludzi została potwierdzona, nie radzenie sobie w sytuacjach kryzysowych w końcu brak odwagi żeby porozmawiać jak mężczyźni.
Po powrocie do biura postanowiłem odejść z miejsca, które wymusza na mnie łamanie moich zasad.
Nie trwało to długo, szybkie wypowiedzenie. Żadnych pytań, nikt nie zatrzymywał. Z perspektywy bardzo dobrze. Wiedziałem, że nie będą po mnie płakać, ponieważ miałem czelność wykonać plan roczny (ponoć nie możliwy), walczyć o pracowników i nie pozwalać się oczerniać. Nie pasowałem do nich.
Co zrozumiałem? Najważniejsze być uczciwym wobec samego siebie. Wobec własnych zasad i przekonań. Nie pozwolić na złamanie kręgosłupa moralnego. Dzięki temu można z dumą patrzeć w lustro. Praca to tylko praca. Raz jest raz jej nie ma, a rzeczy wyższe jak honor, godność, poczucie wartości bardzo trudno odzyskać.
Tak więc nie dajcie się !
Zapytacie jaki mam plan na przyszłość? O tym w kolejnych postach .....
Skupiając się na aspektach zawodowych często przekonujemy się, że zasady panujące w naszej pracy nie pokrywają się z tymi nowymi, wypracowanymi podczas uporządkowania "głowy".
Jakie mamy opcje? Odpowiedź, jest prosta: zmiany muszą postępować dalej.
Przeszedłem dokładnie taki proces. Męczyłem się strasznie pracując na etat gdy dotarło do mnie, że zasady kreowane przez moich przełożonych pozwalają na nie dotrzymywanie słowa, kłamstwo, brak szacunku dla innych pracowników, mówiąc krótko: "pełne bagienko".
Pomyślicie jak tacy przełożeni mogą trwać w jakiejkolwiek organizacji? Po prostu są właścicielami. Podlegając bezpośrednio pod Zarząd spółki nie ma wyższej instancji do której można zwrócić się o wsparcie.
No OK, to co w takim razie można zrobić? Ja wybrałem drogę zgodną z moimi zasadami. Mianowicie uczciwość czy inaczej "gra w otwarte karty". Bez owijania w bawełnę zorganizowałem spotkanie z Zarządem. Jedno, potem drugie, następnie z "pretorianami" Zarządu. Na każdym mówiłem co mi nie odpowiada i dlaczego oraz jak chciałbym to zmienić. Problem w tym, że nie byłem w ogóle zrozumiany.
Oczywiście wyuczony na kursach wiem, że za prawidłowy przekaz odpowiada nadający, no ale "come on" przecież mówiłem o oczywistościach. M.in. o tym, że jak umawiamy się na termin na za dwa tygodnie to nie można po dwóch dniach oczekiwać opracowanego materiału, rugać za jego brak czy nawet karać. O tym, że jak nas (mój oddział) Zarząd nie widzi to my nie śpimy, nie pijemy (alkoholu), nie wykręcamy gniazdek z biura czy nie robimy zakupów z żoną na mieście. O tym, że nie można oczekiwać od nowego pracownika wyników jego pracy (np. sprzedażowych) po 2 miesiącach od zatrudnienia.
Mógłbym wymieniać jeszcze długo. Znajomy kabareciarz po usłyszeniu kilku historii zapytał o wyłączność na potrzeby nowych skeczów. Z boku wyglądało to groteskowo, żałośnie, ale będąc wewnątrz było to dla mnie nie do pojęcia i przede wszystkim nie do zaakceptowania. Jako "najemnik" wynajęty do wykonania określonego zadania (rozwój oddziału w ujęcie finansowym i organizacyjnym), którego po wykonaniu okazało się, że w ogóle nie było nie mogłem pojąć jaki właściciele mają w tym interes? Sabotaż? Choroba psychiczna? Do dziś nie mam pewności.
Więcej tego typu historii opowiem w kolejnych postach bo jest tego dużo, a ja sam po przeszło miesiącu jak odciąłem się od tych ludzi już na chłodno mogę o tym opowiadać.
Jak się domyślacie po 3 miesięcznej próbie porozumienia się z Zarządem odnośnie potrzebnych zmian jadąc do centrali m.in. w temacie ustalenia "co dalej" otrzymałem informacji od organizatora spotkania, że Zarząd nie zamierza na ten temat ze mną rozmawiać bo dla niego jest to ważne "obowiązuję Cię umowa o pracę i proszę ją realizować" tylko tyle usłyszałem. Słabość tych ludzi została potwierdzona, nie radzenie sobie w sytuacjach kryzysowych w końcu brak odwagi żeby porozmawiać jak mężczyźni.
Po powrocie do biura postanowiłem odejść z miejsca, które wymusza na mnie łamanie moich zasad.
Nie trwało to długo, szybkie wypowiedzenie. Żadnych pytań, nikt nie zatrzymywał. Z perspektywy bardzo dobrze. Wiedziałem, że nie będą po mnie płakać, ponieważ miałem czelność wykonać plan roczny (ponoć nie możliwy), walczyć o pracowników i nie pozwalać się oczerniać. Nie pasowałem do nich.
Co zrozumiałem? Najważniejsze być uczciwym wobec samego siebie. Wobec własnych zasad i przekonań. Nie pozwolić na złamanie kręgosłupa moralnego. Dzięki temu można z dumą patrzeć w lustro. Praca to tylko praca. Raz jest raz jej nie ma, a rzeczy wyższe jak honor, godność, poczucie wartości bardzo trudno odzyskać.
Tak więc nie dajcie się !
Zapytacie jaki mam plan na przyszłość? O tym w kolejnych postach .....
wtorek, 22 marca 2016
Najpierw coś dla ducha...
"Żeby poukładać sobie życie osobiste/zawodowe najpierw należy poukładać sobie życie duchowe".
Takie zdanie usłyszane gdzieś, kiedyś przyświeca mi od dłuższego czasu. Nie mam na myśli tylko aspektów wiary, ale też przewartościowania własnych zasad, uzmysłowienia sobie co jest tak na prawdę w życiu ważne.
Na pewno nie jest to łatwy proces. Nierzadko człowiek nie jest wstanie samemu uporać się z tym zadaniem.
Choć i to nie jest wg mnie najtrudniejsze.
Z perspektywy własnych doświadczeń śmiało mogę powiedzieć, że uzmysłowienie sobie, że coś jest nie tak, że coś wymaga zmiany to 60% sukcesu. Potem jest już z górki :)
Na pewno pomaga wiara, jako ten kręgosłup etyczny od którego zaczynamy zmiany postrzegania poszczególnych aspektów życia. Relacje z rodziną, z bliskimi, podejście do pracy do otaczającego nas świata.
Sprawy mocno indywidualne. Nie ma manuala. Wskazać można pierwszy krok. Doradzić od czego zacząć.
W moim przypadku była to wiara, dzięki której oprócz poznania lepiej samego siebie, poznałem też ludzi, którzy na co dzień dają świadectwo jak żyć w zgodzie z samym sobą.
Na końcu drogi jest szczęście. Nie to materialne, ale to duchowe. Człowiek rano otwiera oczy i myśli "kolejny piękny dzień, dzień który zakończy się sukcesem, jestem szczęśliwy..."
Takie zdanie usłyszane gdzieś, kiedyś przyświeca mi od dłuższego czasu. Nie mam na myśli tylko aspektów wiary, ale też przewartościowania własnych zasad, uzmysłowienia sobie co jest tak na prawdę w życiu ważne.
Na pewno nie jest to łatwy proces. Nierzadko człowiek nie jest wstanie samemu uporać się z tym zadaniem.
Choć i to nie jest wg mnie najtrudniejsze.
Z perspektywy własnych doświadczeń śmiało mogę powiedzieć, że uzmysłowienie sobie, że coś jest nie tak, że coś wymaga zmiany to 60% sukcesu. Potem jest już z górki :)
Na pewno pomaga wiara, jako ten kręgosłup etyczny od którego zaczynamy zmiany postrzegania poszczególnych aspektów życia. Relacje z rodziną, z bliskimi, podejście do pracy do otaczającego nas świata.
Sprawy mocno indywidualne. Nie ma manuala. Wskazać można pierwszy krok. Doradzić od czego zacząć.
W moim przypadku była to wiara, dzięki której oprócz poznania lepiej samego siebie, poznałem też ludzi, którzy na co dzień dają świadectwo jak żyć w zgodzie z samym sobą.
Na końcu drogi jest szczęście. Nie to materialne, ale to duchowe. Człowiek rano otwiera oczy i myśli "kolejny piękny dzień, dzień który zakończy się sukcesem, jestem szczęśliwy..."
Subskrybuj:
Posty (Atom)